Wybory, wybory i po wyborach. W blednącym „świetle” wydarzeń z przed pięciu lat kończy się epoka złudnych nadziei dla Ukraińców na rychłe zmiany i poprawę poziomu życia. Zgromadzeni pod sztandarami pięknych haseł, zapowiedzi w pomarańczowym blasku wschodzącego słońca, a w zasadzie dwóch słońc, uwierzyli w coś, co już na pierwszy rzut oka wyglądało niewiarygodnie. Niesiony na fali propagandy przyszłego sukcesu naród ukraiński dał się łatwo wmanewrować w kolejną rozgrywkę tzw. elit.

Miało być tak pięknie, Juszczenko prezydentem, „Julija” premierem a drzwi Europy stały otworem. I nagle bęc… wracamy na ziemię. Wygórowane ambicje polityków, którzy na sam szczyt wspięli się na barkach tłumu nie są wszak problemem jedynie naszego wschodniego sąsiada. My mieliśmy swojego peacemakera, oni mają swoje pomarańczki. O wizję państwa raczej nie chodziło, bo w praktyce niczego Ukraińcom nie zaproponowano. Parę ukłonów to w jedną, to w drugą, uśmieszki, uściski i… jeszcze ten warkocz.

Komentatorzy/media w naszym kraju wodzą palcem po horyzoncie, skrzętnie uciekając od sedna sprawy. Na pierwszy plan wysunęła się nagle kwestia ukraińskiego nacjonalizmu i rzekomych fałszerstw wyborczych. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że problemem nie jest Bandera i jego gloryfikowanie przez kijowskich decydentów. Przyzwyczailiśmy się już do zastępowania ważnych społecznie tematów historią, gdzie sikający do kropielnicy Wałęsa staje się ważniejszy od bolączek kulawego systemu, przez niektórych cynicznie nazywanego demokracją. Cóż zatem można powiedzieć w obliczu klęski pomarańczowego oczka w głowie naszej czwartej władzy? Pamiętam czołówki gazet, wzniosłe relacje telewizyjne, koncerty w rytmie "Razom nas bahato" i pomarańczowe motywy na ubraniach polityków, dziennikarzy, artystów. Jakież wspaniałe gesty solidarności!

W tym całym zgiełki gdzieś zapomniano o szaro-pomarańczowych ludziach, wszak to ich los miał się poprawić. Dziś niewielu, żeby nie powiedzieć nikt, tak naprawdę nie podliczył pomarańczowej ekipy. Ile obietnic spełniono, ile reform wprowadzono, ile dobrego zrobiono? Sukcesy?... yyy lepiej porozmawiajmy o historii… byle nie o tej najnowszej. Zaraz, zaraz! Jest sukces – zbliżenie z Zachodem i utarcie nosa Moskwie. Ciekawe ilu Ukraińców najadło się tą mglistą perspektywą integracji europejskiej? W razie czego zrobi się kanapkę z kryzysu.

Wiele pytań pozostało bez odpowiedzi, ale my nie zwalniamy tempa i już jesteśmy w ciekawszym miejscu. Witamy Państwa z mroźnego Mińska i zapraszamy na „obiektywny sąd” nad jaśnie panującym Aleksandrem. Zapewne którejś nocy będzie nam dane obejrzeć dokumentalną bajkę o tym, jak soczyście wyglądający owoc pożądania okazał się zgniłą pomarańczą. Miejmy nadzieję, że nie wszyscy jej skosztowali.